iOS · Android · Web · Beauty

Jak zbudowaliśmy MetiLook: rezerwacje beauty, w których artysta ma własną markę

MetiLook powstał z naszego przekonania, że nikt porządnie nie zrozumiał tej branży: system rezerwacji dla branży beauty, zbudowany wokół jednej obserwacji, którą inni przeoczyli - że o zadowoleniu klienta decyduje konkretny artysta, a nie sam salon. W dotychczasowych systemach ten artysta jest anonimowy; u nas ma własny profil, portfolio i markę, którą buduje niezależnie od tego, gdzie akurat pracuje. Doprowadziliśmy go od koncepcji do wydania sami, łącznie z tym, co pod spodem musi być bezbłędne: grafikiem bez ryzyka podwójnej rezerwacji, działającym nawet wtedy, gdy w salonie padnie internet. To samo podejście przenosi się na to, co budujemy dla klientów.

Platformy
iOS, Android, Web
Dla
Salony, artyści, klienci
Grafik
Działa też offline
Kontakt
Wbudowany czat
Kalendarz rezerwacji MetiLook z grafikiem zespołu
MetiLook: klient wie, do kogo idzie, a salon zna swój grafik - także wtedy, gdy padnie internet.
Problem
W beauty klient ufa konkretnej osobie, a systemy rezerwacji chowają artystę za salonem - a grafik, który rezerwuje dwa razy albo pada bez internetu, rozkłada biznes.
Co zbudowaliśmy
System rezerwacji, w którym artysta ma własną markę, oparty na grafiku, który nie rezerwuje dwa razy i działa, gdy internet padnie.
Efekt
Jeden produkt na iOS, Androidzie i webie - dostępność liczona na zasobach współdzielonych, tryb offline, wbudowany czat, program lojalnościowy i raporty, z logowaniem Google, Apple i Facebook.

Co znajdziesz w tym case study

  1. Produkt, który postanowiliśmy zbudować
  2. Artysta z własną marką
  3. Zmiana układu interesów na rynku
  4. Zrozumienie, czego brakuje klientom
  5. Jak podeszliśmy do budowy
  6. Grafik, który nie może zarezerwować dwa razy
  7. Konflikty: artyści, zasoby, czas
  8. Grafik, który działa, gdy padnie internet
  9. Rezerwacja online przez całą dobę
  10. Bezpośredni kontakt: klient, artysta, salon
  11. Przypomnienia i mniej nieobecności
  12. Lojalność i powroty
  13. Jeden produkt: aplikacja i web
  14. Co ten projekt mówi o tym, jak pracujemy
  15. Co powiedzielibyśmy innemu zespołowi
  16. Najczęstsze pytania klientów

Produkt, który postanowiliśmy zbudować

W branży beauty klient nie idzie do budynku. Idzie do konkretnej osoby. Ufa danemu fryzjerowi, kosmetyczce, artyście - bo to od jego rąk i umiejętności zależy, czy wyjdzie zadowolony. A mimo to dotychczasowe systemy rezerwacji modelują rynek odwrotnie: pokazują salon, a osobę, która faktycznie wykonuje usługę, chowają. Klient rezerwuje „termin w salonie X", a nie wizytę u kogoś, komu ufa.

To fatalne podejście, które przyjęło się jako norma. Artysta jest w tych systemach anonimowy - jest zasobem salonu, wymiennym slotem w grafiku. Cała wartość, którą tworzy jego talent, zostaje przypisana szyldowi, pod którym akurat pracuje. Dla klienta znaczy to niepewność: nie zawsze wie, czy trafi do osoby, która zrobiła mu świetną fryzurę ostatnim razem. Dla artysty znaczy to, że lata budowania kunsztu nie budują nic, co należałoby do niego.

Produkt, który postanowiliśmy zbudować, odwraca tę relację. W MetiLook to artysta jest w centrum: ma własny profil, portfolio i markę, którą buduje niezależnie od miejsca pracy. Klient, umawiając wizytę, wie dokładnie, do kogo idzie. Salon dalej jest ważny - to on daje miejsce, zespół i markę parasolową - ale przestaje być jedyną widoczną stroną transakcji.

W beauty klient nie idzie do budynku - idzie do konkretnej osoby. Zbudowaliśmy system, który wreszcie to odwzorowuje.

Stąd dalej: jak ta obserwacja stała się produktem. Model, w którym marka artysty jest przenośna, oparty na dwóch rzeczach absolutnie niezawodnych pod spodem - grafiku, który nigdy nie rezerwuje dwa razy, i takim, który przeżywa padnięcie łącza w salonie.

Warto zauważyć, że to nie jest nowy pomysł - to powrót do tego, jak beauty działało od zawsze. Zanim pojawiły się aplikacje, klient polecał znajomej nie „salon na rogu", tylko konkretną osobę: „idź do Ani, ona świetnie robi kolor". Reputacja zawsze należała do człowieka i była przekazywana z ust do ust. Dopiero cyfrowe systemy rezerwacji, projektowane od strony salonu jako jednostki rozliczeniowej, zgubiły tę oczywistość. MetiLook nie wymyśla więc rynku na nowo - przywraca mu to, co technologia po drodze zabrała.

Dla artysty koszt starego modelu jest jeszcze dotkliwszy. Lata doskonalenia rzemiosła budują reputację, która znika w chwili zmiany pracy - bo należała do szyldu, nie do niego. To zniechęca do rozwoju i wiąże ludzi z miejscem bardziej, niż by chcieli: nie dlatego, że tam najlepiej im się pracuje, ale dlatego, że tam zostały ich opinie i ich klienci. Uwolnienie marki artysty od adresu naprawia tę niesprawiedliwość.

Artysta z własną marką

Sercem pomysłu jest profil artysty. To nie jest wizytówka doklejona do profilu salonu, tylko pełnoprawna tożsamość: portfolio wykonanych prac, specjalizacje, opinie, historia. Artysta pokazuje, co potrafi, i buduje reputację, która należy do niego - a nie do adresu, pod którym akurat stoi jego fotel.

Kluczowe jest to, że ta marka jest przenośna. Gdy salon zatrudnia artystę, przyjmuje go razem z jego profilem. Od tej chwili artysta pracuje na rzecz swojej marki i marki salonu jednocześnie, ale wciąż buduje tę pierwszą. Jeśli kiedyś zmieni miejsce, jego portfolio, opinie i relacja z klientami idą z nim - bo to jego dorobek, a nie własność pracodawcy.

Dla klienta zmienia to samą naturę rezerwacji. Zamiast wybierać usługę i godzinę w oderwaniu od człowieka, wybiera osobę: widzi jej prace, wie, czego się spodziewać, i umawia się świadomie. Zaufanie, które w beauty jest walutą, wreszcie ma konkretnego adresata - artystę, u którego zawsze faktycznie było.

Konsekwencje sięgają dalej, niż widać na pierwszy rzut oka. Opinie przestają być opiniami o salonie, w których świetny artysta ciągnie w górę przeciętnego kolegę, a przeciętny obniża ocenę świetnego. Każda opinia trafia tam, gdzie powinna - do osoby, która wykonała usługę. Portfolio pokazuje realne prace konkretnych rąk, a nie wyretuszowaną galerię marki. Dla klienta to znacznie uczciwszy sygnał jakości niż gwiazdki przypisane adresowi.

Gdy artysta zmienia salon, ta ciągłość jest dla klienta bezcenna. Zamiast tracić kontakt z osobą, do której chodził od lat, może dalej ją znaleźć i umówić się w nowym miejscu. Dla artysty to bezpieczeństwo, dla klienta wygoda, a dla rynku sygnał, że wartość idzie za człowiekiem, tak jak powinna.

Zmiana układu interesów na rynku

Za tą decyzją produktową stoi coś większego niż ładniejszy profil: zmiana tego, komu opłaca się co robić. W starym modelu salon anonimizuje talent, więc świetny artysta i przeciętny wyglądają dla klienta tak samo - a wartość, którą tworzy ten lepszy, trafia do szyldu. To zły bodziec: nie nagradza jakości tam, gdzie ona powstaje.

W modelu MetiLook, ponieważ klienci podążają za konkretnymi artystami, salon zyskuje realny interes w tym, żeby zatrudniać i zatrzymywać osoby o wysokich kwalifikacjach. Talent staje się aktywem, o które salony konkurują, a nie kosztem, który da się ukryć. To układ, w którym wygrywają wszyscy: artysta buduje karierę i markę, salon przyciąga klientów przez jakość swojego zespołu, a klient dostaje osobę, którą świadomie wybrał.

Postawiliśmy sobie za cel przesunięcie rynku właśnie w tę stronę. Produkt nie jest tu neutralnym narzędziem - jest zaprojektowany tak, żeby premiować kunszt i czynić go widocznym. To rzadki przypadek, w którym decyzja techniczna i decyzja o tym, jak ma działać cała branża, są tym samym.

To uruchamia pętlę, która nakręca cały rynek w dobrą stronę. Artysta, którego markę widać, ma motywację, żeby się rozwijać i dbać o klientów, bo korzyść wraca do niego. Salon, który przyciąga takich artystów, przyciąga też ich klientów, więc opłaca mu się tworzyć dobre warunki i zatrzymywać talent. Klient dostaje lepszą obsługę, wraca i poleca dalej - konkretną osobę. Każdy z tych ruchów wzmacnia kolejny, a produkt jest tak zaprojektowany, żeby ta pętla się kręciła, zamiast rozbijać się o anonimowość.

W dłuższej perspektywie zmienia to też, jak wygląda konkurencja między salonami. Przestaje chodzić wyłącznie o lokalizację i cenę, a zaczyna o to, kogo uda się przyciągnąć i zatrzymać. Salon, który potrafi zaoferować dobremu artyście widoczność, warunki i klientów, wygrywa - a to jest konkurencja, na której korzysta klient końcowy, bo pcha cały rynek w stronę wyższej jakości.

Zrozumienie, czego brakuje klientom

Zanim cokolwiek zbudowaliśmy, kluczowe było zrozumienie, czego klientom naprawdę brakuje w istniejących systemach rezerwacji. Łatwo założyć, że chodzi tylko o „wolny termin". W rzeczywistości potrzeby są głębsze i to one wyznaczyły kształt produktu.

Klient chce wiedzieć, do kogo idzie, i mieć pewność, że wybrana osoba jest naprawdę dostępna o danej porze. Chce umówić się wtedy, gdy o tym myśli - często wieczorem, poza godzinami pracy salonu - a nie tylko wtedy, gdy ktoś odbierze telefon. Chce potwierdzenia, że rezerwacja jest pewna, przypomnienia, żeby o niej nie zapomnieć, i łatwego kontaktu, gdyby coś trzeba było zmienić. To wszystko brzmi oczywiście, a mimo to większość systemów spełnia z tego jedną, dwie rzeczy, resztę zostawiając telefonowi i przypadkowi.

Wsłuchanie się w te potrzeby, zamiast kopiowania funkcji z istniejących narzędzi, odróżnia produkt zaprojektowany od poskładanego. Każda z nich przekłada się na konkretne wymaganie techniczne, a najtwardsze brzmi banalnie tylko do momentu, w którym trzeba je dowieźć: potwierdzony termin nigdy nie może okazać się zajęty. Ani gdy dwie osoby klikną w tej samej sekundzie, ani gdy w salonie padnie łącze.

Jedną z rzeczy, które usłyszeliśmy najwyraźniej, jest niepokój o to, czy rezerwacja w ogóle jest pewna. W wielu systemach - a już zwłaszcza przy umawianiu przez telefon czy wiadomość - klient nie ma twardego potwierdzenia, tylko obietnicę, że ktoś wpisze go do zeszytu. Ta niepewność kosztuje: klient dzwoni jeszcze raz, żeby się upewnić, albo unika rezerwacji z wyprzedzeniem. Pewne, natychmiastowe potwierdzenie okazało się jedną z ważniejszych rzeczy, których brakowało.

Druga to elastyczność, gdy plany się zmieniają. Życie się zmienia, wizyty trzeba przekładać - a system, w którym jedyną drogą jest telefon w godzinach pracy, zamienia drobną zmianę w kłopot dla obu stron. Możliwość przełożenia albo odwołania wizyty samodzielnie, w sposób, który od razu zwalnia termin dla kogoś innego, jest wygodą dla klienta i realną wartością dla salonu, bo termin zwolniony w porę ma szansę zapełnić się na nowo.

Trzecia potrzeba to przejrzystość: ile to kosztuje i co dokładnie obejmuje. Klient, który przed wizytą wie, na jaką usługę i cenę się umawia, przychodzi spokojniejszy, a salon unika nieporozumień przy płatności. To pozornie drobiazg, a buduje zaufanie, dzięki któremu klient rezerwuje online bez obaw.

Jak podeszliśmy do budowy

Trzy strony trzeba było zrozumieć, zanim jakakolwiek linijka kodu nabrała sensu: klienta, artystę i salon - bo taki produkt jest bezwartościowy, jeśli działa tylko dla dwóch z nich. Dopiero mając jasny obraz ich potrzeb, wzięliśmy się za dwie rzeczy, które przesądzały o tym, czy w ogóle da się na tym polegać.

Pierwsza to poprawność grafiku: system, który dopuszcza podwójną rezerwację, jest w tej branży katastrofą, bo kończy się realnym człowiekiem stojącym w drzwiach, którego nie ma kto obsłużyć. Druga to odporność: salon to fizyczny biznes, który pracuje cały dzień, więc grafik musi działać nawet wtedy, gdy zawiedzie internet albo infrastruktura. Te dwa wymagania rozstrzygnęliśmy najpierw, a wygodę, profile i resztę dobudowaliśmy wokół rdzenia, któremu można zaufać.

Poniżej ta sama sekwencja, którą szła budowa: obserwacja o rynku, potem twardy rdzeń grafiku i jego odporność, a na końcu rzeczy, które sprawiają, że codzienne korzystanie jest przyjemne, a nie tylko możliwe.

Ta kolejność pozwoliła najpierw ustawić to, co w tym produkcie faktycznie wyróżnia: bezpośrednią relację klienta z konkretnym artystą oraz grafik liczący dostępność na zasobach współdzielonych - stanowiskach, sprzęcie, buforach i różnych długościach usług. Reszta, łącznie z oczywistym brakiem podwójnych rezerwacji, dobudowała się wokół tego.

Grafik, który nie może zarezerwować dwa razy

Ten sam termin u tego samego artysty może zostać zajęty tylko raz - także wtedy, gdy rezerwacje przychodzą jednocześnie z aplikacji klienta, z recepcji i z profilu artysty. To warunek brzegowy każdego systemu rezerwacji, więc rozstrzygnęliśmy go na poziomie zapisu i nie wracamy do niego.

Sprawdzenie i zajęcie terminu są nierozłączne, więc przy zgłoszeniach z aplikacji klienta, recepcji i profilu artysty w tej samej sekundzie przechodzi dokładnie jedno, a pozostałe od razu dostają informację, że termin jest już zajęty. Ciekawsze zaczyna się dopiero piętro wyżej - przy dostępności liczonej na zasobach współdzielonych.

Papierowy kalendarz w recepcji nie bierze się z przywiązania do tradycji - bierze się z braku zaufania do systemów, które potrafią się pomylić. Salon trzyma zeszyt jako zabezpieczenie, dopóki nie uwierzy, że cyfrowy grafik naprawdę nigdy nie zawiedzie. Naszym celem było zbudowanie czegoś na tyle pewnego, żeby ten zeszyt można było wreszcie odłożyć - a to wymaga nie tylko braku podwójnych rezerwacji, ale i zaufania, że nawet w gorszy dzień system nie zostawi salonu na lodzie.

Stawka tej poprawności jest bardzo namacalna. Podwójna rezerwacja to nie liczba w logu, tylko zdenerwowany człowiek, który przyjechał na umówioną godzinę i słyszy, że nie ma go w grafiku - a obok drugi, równie umówiony. Taki jeden incydent potrafi kosztować salon klienta na zawsze i podważyć zaufanie do całego systemu. Dlatego tej jednej rzeczy nie można zrobić wystarczająco dobrze - trzeba zrobić ją pewnie.

Konflikty: artyści, zasoby, czas

Podwójna rezerwacja u jednego artysty to dopiero początek. Prawdziwy grafik salonu to sieć zależności: wizyta może wymagać nie tylko konkretnej osoby, ale i stanowiska, pokoju czy sprzętu, a te bywają współdzielone. Termin, który jest wolny dla artysty, ale zajęty dla jedynego wolnego stanowiska, wcale nie jest wolny.

Do tego dochodzą godziny pracy, przerwy, różne czasy trwania usług i bufory między wizytami. Grafik musi respektować to wszystko naraz, tak żeby nigdy nie zaproponować terminu, którego realnie nie da się obsłużyć. Zbudowanie logiki, która pilnuje wszystkich tych ograniczeń jednocześnie - i wciąż potrafi szybko powiedzieć klientowi, co jest naprawdę dostępne - było jednym z trudniejszych fragmentów projektu.

Efekt jest taki, że to, co klient widzi jako wolny termin, jest wolny w każdym wymiarze, który się liczy. Ta cicha praca pod spodem sprawia, że rezerwacja online w ogóle ma sens: bez niej samoobsługa zamieniłaby się w źródło konfliktów, które ktoś w salonie musiałby ręcznie prostować.

Dochodzi do tego dynamika: dostępność nie jest stała, tylko przelicza się przy każdej zmianie. Rezerwacja jednej wizyty potrafi zdjąć z rynku nie tylko jeden termin, ale i sąsiednie - bo usługa trwa dłużej, bo potrzebny jest bufor, bo zajęte zostało współdzielone stanowisko. Grafik musi to wszystko przeliczać na bieżąco, tak żeby obraz dostępności, który widzi kolejny klient, był zawsze aktualny, a nie sprzed ostatniej rezerwacji.

Grafik, który działa, gdy padnie internet

Salon to fizyczny biznes, który pracuje przez cały dzień - i nie może się zatrzymać dlatego, że zawiodła technika. Jeśli w salonie padnie internet albo infrastruktura, praca musi toczyć się dalej: recepcja wciąż potrzebuje wiedzieć, kto dziś przychodzi, do kogo i o której. System rezerwacji, który w takiej chwili pokazuje pusty ekran, jest gorszy niż papierowy kalendarz.

Dlatego zapewniliśmy działanie grafiku również w trybie offline. Salon nadal widzi swój dzień pracy i może operować nawet bez połączenia, a zmiany synchronizują się, gdy sieć wróci. To świadoma decyzja o odporności, którą większość systemów rezerwacji pomija - bo dobrze działa tylko wtedy, gdy wszystko inne działa. My założyliśmy odwrotnie: że awarie się zdarzają, a produkt ma być użyteczny właśnie w gorszy dzień.

Zbudowanie tego dobrze jest trudniejsze niż zwykły odczyt danych z serwera. Grafik musi być dostępny lokalnie, pozostać spójny, a po powrocie łącza pogodzić to, co działo się offline, z tym, co w międzyczasie zmieniło się gdzie indziej - bez gubienia i bez dublowania wizyt. To dokładnie ten rodzaj niewidocznej, docenianej-dopiero-w-kryzysie inżynierii, która odróżnia narzędzie, któremu salon ufa, od takiego, które zostawia go bezradnym w najgorszym momencie.

Najtrudniejszą częścią trybu offline nie jest samo pokazanie grafiku bez sieci, tylko to, co dzieje się, gdy sieć wraca. Jeśli salon offline dopisał wizytę, a w tym czasie ktoś zarezerwował online ten sam termin, po połączeniu trzeba te dwie prawdy pogodzić. Zaprojektowanie reguł, które rozstrzygają takie sytuacje sensownie - i nigdy po cichu nie gubią wizyty - jest znacznie trudniejsze niż zwykłe zapisanie danych, gdy łącze jest z powrotem.

Zależało nam, żeby offline nie był trybem awaryjnym drugiej kategorii, w którym połowa rzeczy nie działa. Salon w gorszy dzień nie ma czasu zastanawiać się, co jeszcze przestało działać - potrzebuje po prostu wiedzieć, kto dziś przychodzi, i móc dopisać kogoś, kto wszedł z ulicy. Sprawić, żeby to podstawowe działanie było niezawodne bez sieci, a po jej powrocie wszystko wróciło do spójności, było świadomym celem, a nie efektem ubocznym.

W praktyce działanie offline oznacza bardzo konkretne rzeczy dla recepcji: widzi pełny grafik dnia, wie, kto i o której przychodzi oraz do kogo, może odhaczyć wizytę czy dopisać klienta z ulicy. To minimum, które pozwala salonowi normalnie pracować mimo awarii - a gdy łącze wróci, wszystko, co wydarzyło się w międzyczasie, wchodzi z powrotem do wspólnego obrazu bez ręcznego przepisywania.

Warto podkreślić, że offline nie oznacza tylko odczytu. Recepcja musi móc nie tylko widzieć grafik, ale i go zmieniać bez sieci - dopisać wizytę, przesunąć ją, odhaczyć. To znacznie trudniejsze niż pokazanie wcześniej zapisanej listy, bo każda taka zmiana to potencjalny konflikt do rozstrzygnięcia po powrocie łącza. Zaprojektowanie tego tak, żeby zapis offline był tak samo pewny jak online, było sednem tej części pracy.

Rezerwacja online przez całą dobę

Skoro klient najczęściej myśli o wizycie wieczorem, po pracy, produkt musi pozwalać umówić się o dowolnej porze - nie tylko w godzinach otwarcia i nie tylko przez telefon. Rezerwacja online przez całą dobę zdejmuje ten limit: klient wybiera artystę i termin wtedy, gdy jest gotów, a nie wtedy, gdy ktoś ma czas odebrać.

To także realna korzyść dla artysty i salonu. Telefon, który dzwoni w trakcie zabiegu, to albo przerwany zabieg, albo utracona rezerwacja - bo klient, który nie może się dodzwonić, często po prostu idzie gdzie indziej. Samoobsługa przenosi umawianie tam, gdzie nie koliduje z pracą, i sprawia, że żadna rezerwacja nie ginie tylko dlatego, że nie było kto odebrać.

Warunkiem, żeby to działało, jest cała wcześniejsza praca nad grafikiem. Samoobsługa ma sens tylko wtedy, gdy to, co klient rezerwuje, jest naprawdę dostępne - inaczej każda wygoda zamienia się w konflikt do posprzątania. Dopiero poprawny, świadomy ograniczeń kalendarz sprawia, że rezerwacja bez udziału recepcji jest bezpieczna dla wszystkich stron.

Zanim jednak klient cokolwiek zarezerwuje, musi znaleźć właściwą osobę - i to też jest częścią produktu. Skoro punktem wyjścia jest artysta, a nie sam salon, klient może wybierać po tym, co naprawdę się liczy: po stylu prac, specjalizacji, opiniach konkretnej osoby. Odkrywanie artysty i rezerwacja to dwie strony tej samej idei: najpierw wiadomo, do kogo chce się iść, a potem umawia się wolny, naprawdę dostępny termin tej osoby.

Zależało nam, żeby sama ścieżka rezerwacji była krótka. Im więcej kroków między chęcią umówienia się a potwierdzeniem, tym więcej osób odpada po drodze - zwłaszcza że wiele rezerwacji powstaje wieczorem, w pośpiechu, z telefonu. Wybór osoby, usługi i terminu, a potem jasne potwierdzenie, ma być tak prosty, żeby nic nie stało między chęcią a umówioną wizytą.

Bezpośredni kontakt: klient, artysta, salon

Do produktu wbudowaliśmy czat, żeby klient miał bezproblemowy kontakt z artystą i z salonem. Pytanie przed wizytą, ustalenie szczegółu, drobna zmiana terminu - to wszystko dzieje się w jednym miejscu, bez odbijania się od zajętej linii telefonicznej i bez przerzucania rozmowy między kanałami.

Czat nie jest tu dodatkiem, tylko przedłużeniem głównej idei. Skoro relacja klient-artysta jest sednem produktu, to naturalne, że rozmowa też powinna mieć miejsce blisko tej relacji, a nie na boku. Bezpośredni kanał wzmacnia więź, którą MetiLook chce budować: klient wie, do kogo pisze, a artysta rozmawia z osobą, którą za chwilę obsłuży.

Dla salonu to również mniej chaosu. Kontakt, który wcześniej rozpraszał się między telefonem, mediami społecznościowymi i karteczkami przy recepcji, trafia w jedno, uporządkowane miejsce, powiązane z konkretną wizytą. To drobiazg, który w codziennej pracy oszczędza sporo zamieszania.

Wbudowany kanał to jednak także odpowiedzialność. Rozmowa powiązana z wizytą powinna zostać profesjonalna i uporządkowana, więc kontakt zaprojektowaliśmy tak, żeby był wygodny, ale osadzony w kontekście konkretnej rezerwacji, a nie zamieniał się w kolejny, nieograniczony komunikator. Chodziło o to, żeby ułatwić dokładnie tę rozmowę, która dotyczy wizyty, i nie tworzyć przy okazji nowych problemów.

Przypomnienia i mniej nieobecności

W biznesie rozliczanym czasem nieobecność to czysta strata: godzina, której nie da się już odzyskać ani sprzedać. Dlatego przypomnienia o zbliżającej się wizycie nie są kosmetyką, tylko elementem, który wprost chroni przychód salonu i artysty. Klient, któremu system w porę przypomni, znacznie rzadziej po prostu zapomina.

Powiązanie przypomnień z konkretną osobą, do której klient się wybiera, działa jeszcze mocniej niż bezosobowy komunikat. Wizyta u kogoś, kogo się wybrało i komu się ufa, to zobowiązanie innego rodzaju niż anonimowy „termin w salonie" - a produkt, który tę relację uwidacznia, przy okazji zmniejsza liczbę pustych okienek w grafiku.

Z przypomnieniami wiąże się cała ścieżka zmian: potwierdzenie, przełożenie, odwołanie. Zaprojektowanie jej dobrze oznacza, że każda z tych akcji od razu aktualizuje grafik - odwołana wizyta natychmiast zwalnia termin, przełożona nie zostawia po sobie duplikatu. Dzięki temu przypomnienie nie jest tylko powiadomieniem, ale początkiem uporządkowanego procesu, który utrzymuje kalendarz w prawdzie.

Zwolniony w porę termin to także okazja, którą można wykorzystać. Gdy ktoś odwoła wizytę z wyprzedzeniem, powstaje wolne okienko, które da się zapełnić - a produkt, który je od razu uwidacznia i pozwala komuś innemu je zająć, zamienia potencjalną stratę w kolejną rezerwację. To domyka pętlę: przypomnienia zmniejszają nieobecności, a łatwe odwołania i zwolnione terminy pozwalają odzyskać przychód, który inaczej by przepadł. Dla salonu rozliczanego czasem każda taka odzyskana godzina jest realnym pieniądzem, a nie statystyką.

Lojalność i powroty

MetiLook obejmuje też programy lojalnościowe oraz raporty, bo produkt ma nie tylko przyjmować rezerwacje, ale pomagać salonowi i artyście rosnąć. Nagradzanie powracających klientów jest w tej branży naturalne - a gdy lojalność wiąże się z konkretnym artystą, wzmacnia dokładnie tę relację, na której opiera się cały pomysł.

Raporty z kolei zamieniają codzienną pracę w wiedzę: kto wraca, które usługi się kręcą, jak wypełnia się grafik. Dla salonu to podstawa decyzji o zespole i ofercie, dla artysty - obraz własnej, rosnącej praktyki. To kolejny sposób, w jaki produkt przenosi ciężar z domysłów na dane.

Ważne, że zarówno program lojalnościowy, jak i raporty odnoszą się do konkretnego artysty, a nie tylko do salonu. Klient wracający do konkretnej osoby to najcenniejszy rodzaj powrotu, a dane, które to pokazują, pomagają salonowi docenić i zatrzymać talent, na którym mu zależy. To znów ta sama logika: produkt konsekwentnie wzmacnia relację klient-artysta, bo to ona jest jego fundamentem.

Programy lojalnościowe zaprojektowaliśmy tak, żeby były proste do prowadzenia dla salonu i czytelne dla klienta - bo mechanizm, którego nikt nie rozumie, nie buduje żadnej lojalności. Nagroda za powroty jest prosta i czytelna: klient zbiera punkty za wizyty, a każda usługa ma własny mnożnik, ustalany przez salon albo przez samego artystę - więc to artysta może premiować te wizyty, na których mu najbardziej zależy.

Warto podkreślić, że lojalność w tym modelu buduje się na dwóch poziomach naraz: do artysty i do salonu. Klient wraca przede wszystkim do osoby, ale robi to w salonie, który tę osobę zatrudnia - więc obie strony korzystają z tego samego powrotu. Dobrze zaprojektowany program nagradza tę wierność, nie stawiając artysty i salonu w sprzeczności, tylko pokazując, że na zadowolonym, wracającym kliencie zyskują wspólnie. To właśnie ta równowaga sprawia, że model z własną marką artysty jest dla salonu szansą, a nie zagrożeniem.

Jeden produkt: aplikacja i web

MetiLook żyje na iOS, Androidzie i w przeglądarce, zbudowany z jednej wspólnej bazy, tak żeby każda ze stron dostała to, czego potrzebuje, na urządzeniu, którego używa. Klient najczęściej rezerwuje z telefonu; salon i artysta zarządzają grafikiem tam, gdzie im wygodnie - przy większym ekranie na recepcji albo w aplikacji między wizytami. Logowanie przez Google, Apple lub Facebook sprawia, że założenie konta to jedno kliknięcie, a nie bariera na wejściu.

Budowanie tego z jednego fundamentu, zamiast jako osobnych aplikacji, pozwala małemu zespołowi utrzymać spójny produkt na wszystkich platformach i dokładać nowe rzeczy raz, a nie trzy razy. To samo podejście stosujemy u klientów: mobile i web razem, bez potrójnego budżetu, z zachowaniem tego, co na każdej platformie ma wyglądać i działać natywnie.

Warto dodać, że to nie jeden interfejs dla wszystkich, tylko trzy różne role w jednym produkcie. Klient potrzebuje prostego odkrywania i rezerwacji; artysta - podglądu swojego dnia i swojej marki; salon - zarządzania zespołem, grafikiem i zasobami. Pogodzenie tych trzech perspektyw we wspólnej, spójnej całości, bez budowania trzech osobnych aplikacji, jest częścią tego, co czyni produkt trudniejszym, niż wygląda.

Logowanie społecznościowe to też świadome skrócenie drogi na wejściu. W produkcie dwustronnym każdy dodatkowy krok przy zakładaniu konta to część klientów, artystów albo salonów, którzy odpadają, zanim w ogóle zaczną. Im mniej przeszkód między pierwszym otwarciem a pierwszą rezerwacją, tym większa szansa, że produkt wejdzie w codzienny obieg.

Co ten projekt mówi o tym, jak pracujemy

Kolejny kalendarz rezerwacji potrafi zrobić wielu. Znacznie mniej osób zagwarantuje, że jednego terminu nie da się zająć dwa razy, gdy pół miasta rezerwuje w tej samej sekundzie, albo utrzyma pracę salonu przez wieczór bez łącza. Te dwie gwarancje to cała różnica między oprogramowaniem, któremu firma ufa, a takim, przy którym trzyma zapasowy zeszyt.

Większość pracy projektowej sprowadzała się tu do godzenia sprzecznych interesów. Klient chce pewności, artysta chce własnej marki, salon chce panowania nad grafikiem - i niemal każda decyzja o harmonogramie daje jednemu z nich coś kosztem drugiego. Dopiero po rozstrzygnięciu tych kompromisów zabraliśmy się za resztę. Testy prowadziła osoba, która nie pisała grafiku - bo system rezerwacji psuje się tam, gdzie zderzają się równoczesność, zegar i realni ludzie.

Wyjmij z tego branżę beauty, a to, co zostanie, jest w pełni przenośne: rynek z dwiema stronami o różnych potrzebach, wspólny grafik, który nigdy nie może się mylić, i firma, która musi pracować dalej, gdy sieć przestaje. Zamień salony na przychodnie, studia albo warsztaty, a inżynieria pozostaje ta sama.

Ten projekt dobrze pokazuje też, że najtrudniejsza inżynieria bywa zupełnie niewidoczna. Klient widzi ładny profil i wygodną rezerwację; nie widzi wyścigu o ten sam termin rozstrzygniętego w ułamku sekundy ani grafiku, który przetrwał wieczór bez internetu. A to właśnie te niewidoczne rzeczy decydują, czy produktowi można zaufać na tyle, żeby oprzeć na nim prawdziwy biznes.

Do tego produkt jest dwustronny, co samo w sobie podnosi poprzeczkę. Musi jednocześnie przekonać artystów i salony, że warto z niego korzystać, i dać klientom powód, żeby przez niego rezerwowali - a te trzy grupy mają różne, czasem sprzeczne potrzeby. Zbudowanie czegoś, co działa dla wszystkich naraz, wymaga decyzji produktowych równie przemyślanych jak techniczne, i jest jednym z powodów, dla których taki produkt jest trudniejszy, niż wygląda z zewnątrz.

Dla klienta, który przychodzi do nas z pomysłem, znaczy to konkretną rzecz: dostaje zespół, który najpierw zrozumie jego rynek i użytkowników, a potem zadba, żeby to, co niewidoczne, po prostu działało. Bo ostatecznie to te niewidoczne fundamenty decydują, czy produkt przetrwa zderzenie z prawdziwymi ludźmi.

Co powiedzielibyśmy innemu zespołowi

Jeśli myślisz o zbudowaniu produktu, który łączy dwie strony rynku wokół wspólnego grafiku - rezerwacji, umawiania, harmonogramowania - poniżej pięć punktów, które ustalamy z klientem, zanim powstanie jakikolwiek kod.

Każda z tych rzeczy odkryta w szóstym tygodniu zamiast w pierwszym jest przepisaniem, a nie poprawką. Zwłaszcza równoczesności i trybu offline nie da się dołożyć do grafiku, który ich nie zakładał: one przesądzają o modelu danych, a model danych przesądza o wszystkim, co stoi na nim wyżej.

Najczęstsze pytania klientów

Czy MetiLook to Wasz własny produkt, czy zbudowaliście go dla klienta?

To nasz własny. Sami go wymyśliliśmy, zaprojektowaliśmy, zbudowaliśmy i wydaliśmy. Pokazujemy go, bo to dowód tego, co dowozimy, a dla klientów budujemy tak samo.

Czy zbudowalibyście produkt łączący usługodawców i klientów?

Tak. MetiLook łączy salony, artystów i klientów wokół rezerwacji, a to samo podejście - dwie strony rynku i wspólny grafik - działa dla wielu produktów usługowych. Zaczynamy od zrozumienia, czego naprawdę brakuje każdej ze stron.

Czy potraficie zbudować grafik liczący dostępność na zasobach współdzielonych?

Tak. W MetiLooku dostępność liczy się nie tylko po osobie, ale też po stanowisku, sprzęcie, buforach między wizytami i różnych długościach usług. Wolny termin oznacza wolny w każdym z tych wymiarów naraz, a każda rezerwacja przelicza je od nowa.

Czy produkt może działać offline i być odporny na awarie?

Tak. Grafik działa także wtedy, gdy w salonie padnie internet: salon nadal widzi swój dzień pracy i może operować, a dane synchronizują się, gdy połączenie wróci.

Czy dodacie czat między użytkownikami produktu?

Tak. MetiLook ma wbudowany czat, dzięki któremu klient ma bezproblemowy kontakt z artystą i salonem. Tę samą interakcję możemy wnieść do innych produktów.

Czy to my jesteśmy właścicielem kodu i kont?

Tak. Wy jesteście właścicielem kodu, repozytoriów i kont. Możemy przekazać wszystko Waszemu wewnętrznemu zespołowi, kiedy tylko zajdzie potrzeba, bez uzależniania od nas.

Masz produkt, który łączy ludzi i musi po prostu działać?

Budujemy produkty, w których spotykają się różne strony rynku - od modelu i grafiku, po odporność na awarie i codzienną wygodę. 30 minut rozmowy wystarczy, żebyśmy powiedzieli, ile realnie zajmie Twój.

Umów rozmowę
← Wróć do wszystkich realizacji